wtorek, 12 września 2017

„Ostatnia prawdziwa love story” - Brendan Kiely [przedpremierowo]

Informacje o książce:
TYTUŁ: Ostatnia prawdziwa love story
AUTOR: Brendan Kiely
TŁUMACZENIE: Jerzy Wołk-Łaniewski
WYDAWNICTWO: Młody Book!
ILOŚĆ STRON: 315



Mam wrażenie, jakby całe życie ludzie mówili mi, kim nie jestem. Ciągle czuję, czym nie jestem, czy też czym jestem nie w pełni. Chciałabym po prostu czuć się częścią czegoś. Chcę być czymś, czym jestem. W pełni.



Trudno znaleźć dobrą młodzieżówkę o miłości. Często historie zawarte w tych powieściach są infantylne i naiwne, bohaterowie schematyczni, a o wątkach pobocznych, które urozmaiciłyby lekturę możemy zapomnieć. Z „Ostatnią prawdziwą love story” jest trochę inaczej, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że podbiła moje serce.


Hendrix wraz ze swoją koleżanką Carriną, Dziadziem oraz psem o wymownym imieniu Stary Grzmot wyrusza w tajemnicy w podróż z Los Angeles do Nowego Jorku. Dla każdego z nich ta wyprawa jest ważna, jednak z różnych powodów. Chociaż ścigają ich rodzice i policja, uczestnicy wyjazdu chcą zrobić wszystko, by dojechać do celu.

Po odłożeniu książki nie wiedziałam, co o niej myśleć. Z jednej strony wydała mi się przeciętną opowiastką, z drugiej zaś miałam wrażenie, że nie dostrzegłam całego przekazu, który autor chciał tu ukazać. Jednak nade wszystko zastanawiałam się, czy ja już gdzieś tych bohaterów nie spotkałam.

Czytaliście „Papierowe miasta” Johna Greena? Ja dotarłam do setnej strony, później odłożyłam książkę, bo choć nie uważam autora za złego pisarza to jednak nie do końcu rozumiem zachwyty nad jego twórczością. Lecz przeczytanie tego fragmentu powieści pozwoliło mi choć trochę poznać głównych bohaterów - przeciętnego chłopaka nazywanego przez znajomych Q oraz Margo, zbuntowaną i nieprzewidywalną dziewczynę, w której Q od zawsze jest zakochany. I z przykrością muszę stwierdzić, że początkowo Hendrix i Carrina przypominali mi tę dwójkę. Hendrix jest bowiem spokojnym chłopakiem, który nie wyróżnia się z tłumu, zaś Carrina, choć nieco pogubiona, posiada w sobie sporo odwagi i marzeń, których nie boi się realizować. Postanowiłam jednak nie patrzeć na nich pod kątem postaci, które poznałam w książce Greena, co wyszło mi na dobre, bo wraz z kolejnymi stronami miałam okazję przyjrzeć się tej dwójce nastolatków, którzy skrywali w sobie wiele zmartwień i pragnień.

Jeśli mowa już o bohaterach, należy również wymienić Dziadzia. To on z całej trójki najbardziej przypadł mi do gustu. Dziadzio jest weteranem wojennym, walczył na wojnie w Wietnamie, gdzie wiele dowiedział się o życiu. Teraz jest podupadającym na zdrowiu staruszkiem, którego dopadła choroba Alzheimera, dlatego tak ważne jest dla niego zachowanie wspomnień o jego zmarłej żonie, która była miłością jego życia. Żałowałam jedynie, że wątek choroby Alzheimera został potraktowany przez autora po macoszemu i poświęcił mu tak niewiele uwagi. Nie powiem - pojawiały się fragmenty, gdzie odgrywał on istotną rolę, jednak brakowało mi większego wgłębienia się w temat. Po przeczytaniu innych książek traktujących o tej chorobie, liczyłam na coś więcej. 

Fabuła powieści opiera się na podróży - bohaterowie cały czas są w drodze. Początkowo umknął mi ten fakt, jednak wybranie przez Brendana Kiely tego toposu było dobrym pomysłem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz spotkałam się z książką, gdzie występował by motyw homo viator, a przecież jest to świetne urozmaicenie i daje możliwość wyróżnienia się wśród innych pozycji. Nie mogę za to powiedzieć, by akcja powieści w jakiś szczególny sposób przypadła mi do gustu. Momentami fabuła wydała mi się monotonna, a wydarzenia następujące po sobie takie nijakie. Nie chodzi mi tu nawet o przewidywalność, bo to samo w sobie problemem nie było, raczej o takie poczucie, że wyprawa bohaterów trwa i trwa, a poszczególne wydarzenia nic w ich podróży nie zmieniają. Aby zrozumieć sens takiej fabuły trzeba spojrzeć na książkę pod nieco innym kątem.

„Ostania prawdziwa love story” nie jest bowiem powieścią akcji. Tu nie znajdziemy zaskakujących wydarzeń, fabuła nie pędzi do przodu, dlatego nie każdy czytelnik odnajdzie się w tej lekturze. To jest książka, w której autor skupia się przede wszystkim na powodach wyprawy, a także problemach bohaterów. Te z pozoru proste postacie mają za sobą trudne historie, które w jakimś stopniu nie pozwalają się im oderwać od przeszłości i śmiało kroczyć w przyszłość. Młodzi bohaterowie szukają swojego miejsca w świecie, akceptacji i miłości. Temu ostatniemu autor poświęca sporo uwagi, umieszczając fragmenty wspomnień Dziadzia dotyczących jego i babci Hendrixa. 

Książka będzie nie lada gratką dla osób, które uwielbiają muzykę, a zwłaszcza starego rocka. Co rusz pojawiają się kolejne tytuły piosenek i nazwy zespołów, co dla niektórych może być inspiracją w odkrywaniu tamtej części muzycznego świata. 

Nie powiem, książka mi się podobała, natomiast nie ukrywam, że nie jest to najlepsza młodzieżówka, jaką czytałam. Styl autora jest lekki i przyjemny, co pozwala wciągnąć się w fabułę, jednak przez nieco powolną akcję i natłok przemyśleń momentami się nudziłam. Odnoszę wrażenie, może mylne, że książka spodoba się miłośnikom twórczości Johna Greena, a także tym, którzy zachwycali się powieścią „Wszystkie jasne miejsca”. Chociaż tematyka tej pozycji jest inna, niż tych wspomnianych to klimat w moim odczuciu jest podobny.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Młody Book!

5 komentarzy :

  1. Książka jest rewelacyjna :O Idealna dla nie <3

    Zapraszam http://ispossiblee.blogspot.com/2017/09/bordowy-set-od-zafulcom.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Już czytając Twoją recenzję wyczułam klimat podobny do twórczości Johna Greena, serio - tak jakoś mi się skojarzyło, choć w całości przeczytałam tylko "Gwiazd naszych wina", a dwie inne zaczęłam, ale nie potrafiłam skończyć :P Dlatego nie wiem czy sięgnę po tą książkę, boję się, że też mogłabym odłożyć ją nieprzeczytaną do końca ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa recenzja, niezły pomysł na książkę, lubię czasem przeczytać powieść gdzie pozornie nic się nie dzieje, pozdrawiam Asia z ucztadladuszy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Osobiście uwielbiam Papierowe Miasta, jak i większość twórczości Johna Greena, ale obawiam się, że z tego właśnie powodu Prawdziwa ostatnia love story mogłaby nie okazać się dla mnie dobra. Już sam opis przywiódł mi na myśl motyw z historii Quentina i Margo. Mimo to nie odrzucam książki Kiely i może zdecyduję się ją przeczytać, kiedy znajdę ją w bibliotece :)

    Pozdrowienia i buziaki!
    BOOKS OF SOULS

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zgodzę się z porównaniem do Greena. Jestem na niego uczulona i nie cierpię jego pióra, a tę książkę przeczytałam w mgnieniu oka i uważam, że jest bardzo dobra. Trzeba zrozumieć wiele aspektów, wiele wartości podczas czytania lektury no i jak na mnie zrobiła dość spore wrażenie.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie komentarz. To motywuje do dalszej pracy :)
Możesz zostawić link do siebie, na pewno w wolnej chwili wpadnę!

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka